Wyprawa do Doliny Chochołowskiej zimą
Kolejna zimowa wyprawa „Kulawej stopy” z rakami do Doliny Chochołowskiej. 09.03 2018 r.
Wyjeżdżam z garażu – patrzę: w Krakowie leje. Sprawdzam pogodę w Dolinie Chochołowskiej: deszcz ze śniegiem.
Wiedząc że pogoda w górach jest zmienna pędzę, żeby sprawdzić kolejny szlak w warunkach zimowych.
I tak – parking na Siwej Polanie kosztuje 8 zł, bilet ulgowy 2 zł. Pan z kasy biletowej troszkę przejęty tym, że pojawiłem się zimą, pomaga mi wydobyć handbike’a z auta.Dla niewtajemniczonych? – szlaki w Tatrach, które biorę kolejno na tapetę, są testowane przez kulawego zimą po raz pierwszy. Nigdzie nie znalazłem wzmianki, żeby ktoś z porażeniem czterokończynowym porwał się na nie w warunkach, kiedy dopisuje zima i leży śnieg. Mając w pamięci doświadczenia z Morskiego Oka postanawiam poruszać się do przodu z prędkością przeciętnego chodziaka, czyli ok. 6km/h, tym razem używając opon zimowych z kolcami. Uczę się na błędach, więc tym razem nie pcham się na szlak wózkiem. Pierwsze dwa kilometry usłane są „minami” – wygląda na to, że „koniarze” nie sprzątają po swoich koniach, jak ma to miejsce w innych dolinach.
Przez pierwsze cztery kilometry poruszam się cały czas delikatnie pod górę, w towarzystwie szumiącego potoku chochołowskiego. Zatrzymuję się co chwilę, żeby odpocząć – przy okazji podziwiam szczyty gór, wsłuchuję się w szum wody, a promyki słońca przyjemnie łaskoczą mnie po twarzy. Jest idealnie – bardzo mało turystów, słońce i kojąca cisza. Jak zawsze towarzyszy mi strach, czy uda mi się dotrzeć do schroniska. Idę tam pierwszy raz w życiu, w dodatku zimą, do tego plusowa temperatura powoli rozpuszcza śnieg, tworząc w niektórych miejscach śniegowe błotko. Nie wiedząc co mnie czeka za każdym kolejnym zakrętem, idę powoli, oszczędzając siły. Po drodze mijam Toi Toi, dostosowany do potrzeb osób niepełnosprawnych – obok znajdują się ławeczki i stoliki. Po około pięciu kilometrach docieram do leśniczówki, która stoi na skraju zbocza, u którego podnóża płynie potok. Zatrzymuję się w tym miejscu na dłuższy relaks, zbierając siły, bo w dali widzę przewyższenia, które prowadzą przez las. „Pędzę” pod górę, zastanawiając się, czy nie braknie mi sił. Zatrzymanie się przy podjeździe może skutkować tym, że ugrzęznę w drodze pod górkę. Po około pięciuset metrach dochodzę do polany. Słońce świeci, widzę już schronisko ukryte za drzewami, a po prawej stronie drogi dostrzegam Mnichy Chochołowskie. Chwila odpoczynku, zadumy i lecę do przodu. Szlak okazuje się trochę rozjechany przez sanie, zalegający śnieg jest nieco roztopiony. Ostatnie sto metrów okazuje się najgorsze. Zakopuję się w śniegu, wspinając się do schroniska. Po chwili dostaję energetycznego „kopa” od przypadkowego turysty, odzyskuję przyczepność i z całych sił pcham się do przodu. Wiem, że nie mogę się zatrzymać, więc zaciskam zęby z bólu mięśni i docieram do celu. I znów jest mega radość. Kilkanaście minut odpoczynku przy schodach schroniska, połączone z sesją zdjęciową. Niestety do schroniska prowadzi mnóstwo schodów, natomiast od strony bocznego wejścia jest ich około sześć. Tam też przesiadam się na wózek i po chwili z cudzą pomocą jestem w środku. Druga niedogodność jest taka, że w schronisku nie ma dostosowanej toalety, trzeba po schodach zejść piętro niżej. Warto też pamiętać, że w schroniskach (przynajmniej w tym) nie można płacić kartą. Placki z gulaszem i kiszonymi ogórkami są pyszne, ale że jestem bardzo zmęczony, ze zmęczenia trudno było mi się wysłowić kiedy zamawiam jedzenie, nie mogę utrzymać widelca, aż sam się z siebie śmieję. Wracając na parking uśmiecham się sam do siebie, chcąc skoczyć do góry z radości (może kiedyś wymyślę, jak to zrobić).
Pozdrawiamy wszystkich zakręconych pozytywnie!
